Lekarka wystawiła zaświadczenie dla własnej córki i użyła go w postępowaniu o orzeczenie niepełnosprawności, choć nie powinna była wchodzić w taką rolę jako matka i jednocześnie osoba korzystająca z autorytetu zawodu. Skutek był poważny - dokument uznano za nieprawidłowy, sprawa trafiła przed sąd lekarski, a choć winę potwierdzono, postępowanie ostatecznie umorzono jako dotyczące przewinienia mniejszej wagi.

Naczelna Izba Lekarska publikuje na swojej stronie orzeczenia sądów lekarskich w ramach tego, co nazywa "jawnością". W praktyce dostęp do tych rozstrzygnięć pozostaje jednak wyraźnie ograniczony - nie można ich pobrać, wydrukować ani bezpośrednio do nich linkować. Dodatkowo publikowane treści są bardzo mocno zanonimizowane - często brakuje w nich nazw miejsc, dokładnych dat i innych informacji, które pozwalałyby lepiej zrozumieć kontekst sprawy. Opisany przez nas przypadek to jedno z takich orzeczeń, wydane w 2025 roku. Uważamy, że warto pokazywać, jak w praktyce wygląda odpowiedzialność zawodowa lekarzy i przypominać, że za działania zagrażające pacjentom mogą oni ponosić poważne konsekwencje.

Skutki dla pacjenta

Najbardziej odczuwalny skutek dotknął dziecko. W sprawie dotyczącej małoletniej wydano orzeczenie o niepełnosprawności, ale później zostało ono uchylone, a dalszych starań o ponowne uzyskanie takiego rozstrzygnięcia już nie podjęto.

To ważne rozróżnienie - sąd nie podważał samego procesu diagnostycznego dziecka ani wcześniejszych konsultacji specjalistycznych. Problem polegał na tym, że do obiegu trafił dodatkowy dokument wystawiony przez matkę będącą lekarką, co podważyło prawidłowość całej procedury i rzuciło cień na postępowanie prowadzone w sprawie dziecka.

Jak wyglądał przebieg wydarzeń

Dziewczynka była objęta opieką medyczną i przeszła szeroką diagnostykę w kierunku autyzmu. Obejmowała ona konsultacje psychologiczne, psychiatryczne, logopedyczne, neurologopedyczne, neurologiczne i laryngologiczne, a po ich zakończeniu lekarz psychiatra wydał zaświadczenie o stanie zdrowia, wskazując na autyzm atypowy.

Na tym jednak sprawa się nie skończyła. Matka dziecka, która sama jest lekarką, sporządziła kolejne zaświadczenie dla potrzeb zespołu orzekającego o niepełnosprawności, podpisała je i opatrzyła własną pieczątką, ale bez pieczątki zakładu opieki zdrowotnej lub praktyki lekarskiej. W dokumencie powtórzyła zasadniczo te same informacje, dodając opis przeprowadzonych konsultacji.

Następnie dokument został złożony w postępowaniu o uzyskanie orzeczenia dla dziecka. Sąd lekarski ocenił później, że właśnie ten moment miał kluczowe znaczenie - lekarka nie tylko sporządziła dokument, lecz także użyła go w formalnej procedurze, wykorzystując swój status zawodowy dla celu prywatnego.

Co najbardziej uderza w tej sprawie

Najmocniej wybrzmiewa to, że w ocenie sądu nie było żadnej potrzeby tworzenia drugiego zaświadczenia. Skoro wcześniejszy dokument został wystawiony przez lekarza psychiatrę po pełnej diagnostyce, wystarczyło dołączyć istniejącą dokumentację, zamiast przygotowywać nowy druk sygnowany pieczątką matki będącej lekarką.

To właśnie jest w tej sprawie najbardziej alarmujące. Nie chodziło o ratowanie pacjenta w nagłej sytuacji, tylko o wejście w podwójną rolę - rodzica i lekarza - w sposób, który dawał dodatkową siłę prywatnemu wnioskowi. Sąd uznał takie działanie za nadmiarowe, nadgorliwe i nieuzasadnione.

Z prawnego i zawodowego punktu widzenia sprawa jest dość czytelna. Zaświadczenie lekarskie nie jest zwykłą informacją, lecz częścią dokumentacji medycznej, a lekarz ma obowiązek działać zgodnie z zasadami etyki, legalnie i z należytą starannością. Jeśli wykorzystuje swoją profesję poza właściwą ścieżką, nawet w sprawie rodzinnej, naraża na szwank zaufanie do całego zawodu.

Wyrok wobec lekarki

Okręgowy Sąd Lekarski uznał lekarkę za winną przewinienia zawodowego. Stwierdził, że naruszyła zasady wykonywania zawodu oraz godność profesji, bo wykorzystała status lekarza do wystawienia dokumentu dla własnego dziecka i użycia go w postępowaniu administracyjnym.

Jednocześnie sąd uznał, że był to przypadek mniejszej wagi, dlatego umorzył postępowanie. Od tego rozstrzygnięcia odwołała się zarówno obrona, domagając się uniewinnienia, jak i pokrzywdzony, który chciał surowszej reakcji. Naczelny Sąd Lekarski utrzymał jednak wcześniejsze orzeczenie w mocy.

Najbardziej gorzka pozostaje końcówka tej historii. Wina została potwierdzona, sąd wprost wskazał na nieetyczne wykorzystanie profesji dla prywatnego celu, a mimo to nie wymierzono realnej kary. Właśnie ten rozdźwięk między powagą naruszenia a łagodnym finałem może budzić największe poczucie absurdalności - bo jeśli lekarz przekracza granicę tam, gdzie chodzi o własną sprawę, a system kończy się na samym stwierdzeniu winy, trudno nie odnieść wrażenia, że zawodowe standardy bywają egzekwowane zaskakująco miękko.

Możesz ocenić ten artykuł: