Pacjent chorujący na ostrą białaczkę szpikową zmarł po dramatycznym ciągu zdarzeń, a lekarka usłyszała zarzuty dotyczące opóźnienia pilnej transfuzji krwi i zbyt późnej konsultacji kardiologicznej.

Mimo śmierci chorego oba sądy lekarskie uznały, że nie ma podstaw do przypisania jej przewinienia zawodowego, więc zapadło uniewinnienie, a koszty postępowania poniósł Skarb Państwa.

Naczelna Izba Lekarska publikuje na swojej stronie orzeczenia sądów lekarskich w ramach tego, co nazywa "jawnością". W praktyce dostęp do tych rozstrzygnięć pozostaje jednak wyraźnie ograniczony - nie można ich pobrać, wydrukować ani bezpośrednio do nich linkować. Dodatkowo publikowane treści są bardzo mocno zanonimizowane - często brakuje w nich nazw miejsc, dokładnych dat i innych informacji, które pozwalałyby lepiej zrozumieć kontekst sprawy. Opisany przez nas przypadek to jedno z takich orzeczeń, wydane w 2025 roku. Uważamy, że warto pokazywać, jak w praktyce wygląda odpowiedzialność zawodowa lekarzy i przypominać, że za działania zagrażające pacjentom mogą oni ponosić poważne konsekwencje.

Skutki dla pacjenta

Do szpitala trafił mężczyzna z ostrą białaczką szpikową, ciężką niedokrwistością oraz narastającym osłabieniem i dusznością. Badania wykonane już po przyjęciu wykazały między innymi hemoglobinę na poziomie 5,1 g/dl, bardzo wysoką troponinę oraz obraz sugerujący ostry zespół wieńcowy, a także zmiany zapalne w płucach. Po porannej konsultacji kardiologicznej chorego zakwalifikowano do pilnej koronarografii, ale w trakcie zabiegu doszło do zatrzymania oddechu, następnie krążenia, a o godzinie 12:25 stwierdzono zgon.

Bezpośrednią przyczynę śmierci powiązano z brakiem przywrócenia skutecznej perfuzji wieńcowej, czyli z tak zwanym zespołem no-reflow, który mógł wystąpić u chorego z ostrą białaczką szpikową. Sąd podkreślił zarazem, że był to pacjent skrajnie obciążony chorobowo, z bardzo złym rokowaniem i z wyjątkowo trudnym połączeniem ostrej białaczki oraz zawału serca.

Jak wyglądał przebieg wydarzeń

Kilka dni wcześniej pacjent otrzymał skierowanie do oddziału chorób wewnętrznych "na przetoczenie KKCz", bo wcześniejsze badania pokazywały hemoglobinę 6,9 g/dl, a następnie 7,3 g/dl. Do szpitala zgłosił się jednak dopiero w nocy, kiedy stan wyraźnie się pogorszył i konieczne było wezwanie zespołu ratownictwa medycznego.

Po przyjęciu wykonano EKG, pobrano krew do badań, przeprowadzono test SARS-CoV-2 i RTG klatki piersiowej. Lekarka wdrożyła antybiotykoterapię, planowała transfuzję oraz dalszą diagnostykę kardiologiczną, uznając początkowo, że pacjent jest względnie zaadaptowany do przewlekłej niedokrwistości. Rano wykonano kolejne EKG i oznaczenia markerów sercowych, około godziny 9:00 odbyła się konsultacja kardiologiczna, po której zapadła decyzja o pilnej koronarografii i zamówieniu trzech jednostek krwi.

Co najbardziej uderza w tej sprawie

Najbardziej niepokoi to, że podczas tego dyżuru jedna lekarka odpowiadała jednocześnie za oddział chorób wewnętrznych, pododdział COVID, toksykologię, pacjentów w izbie przyjęć i konsultacje internistyczne w całym szpitalu. Równie alarmujący był fakt, że w izbie przyjęć nie można było wtedy oznaczyć grupy krwi, zamówić krwi ani wykonać próby krzyżowej - te procedury były możliwe dopiero po przyjęciu pacjenta na oddział.

Biegły wskazał, że istniały wskazania do szybkiego przetoczenia koncentratu krwinek czerwonych i bardzo negatywnie ocenił właśnie brak możliwości wykonania badania grupy krwi na poziomie izby przyjęć. To detal, który najmocniej pokazuje, że w tej sprawie obok decyzji lekarskich równie ważne były bariery organizacyjne samego szpitala.

W tym orzeczeniu ważne jest też tło prawne. Sąd lekarski nie ocenia wyłącznie tragicznego skutku, lecz sprawdza, czy lekarz naruszył obowiązek działania zgodnie z aktualną wiedzą medyczną i z należytą starannością. Naczelny Sąd Lekarski przypomniał, że sam zgon pacjenta nie oznacza jeszcze automatycznie błędu medycznego, bo odpowiedzialność zawodowa wymaga wykazania konkretnego, zawinionego naruszenia standardu postępowania.

Wyrok wobec lekarki

Okręgowy Sąd Lekarski uniewinnił lekarkę od obu zarzutów, a Naczelny Sąd Lekarski utrzymał to rozstrzygnięcie w mocy po odwołaniu pełnomocnika pokrzywdzonej. Sądy uznały, że choć biegły miał zastrzeżenia do tempa przygotowania transfuzji, to realia szczytu pandemii, przeciążenie dyżuru, ograniczenia organizacyjne szpitala i wyjątkowo złożony stan chorego nie pozwalają przypisać lekarce przewinienia zawodowego. Kosztami postępowania obciążono Skarb Państwa.

To najmocniejszy kontrast w całej sprawie: pacjent poniósł najwyższą możliwą krzywdę, ale odpowiedzialność zawodowa lekarki nie została potwierdzona. Orzeczenie pokazuje, że w takich sprawach granica między błędem medycznym a skutkiem chaosu organizacyjnego bywa boleśnie trudna do uchwycenia.

Możesz ocenić ten artykuł: